Przed chwilą czułem się jakbym znów był w pierwszej klasie liceum. Stałem wśród znajomych, w nocy, między setkami innych ludzi, wokół pełno butelek, gwar, gdzieś w oddali jakaś muzyka. Jak to się stało, że w zaledwie sześć lat ze świetnego sposobu spędzania czasu stało się to tak irytującą czynnością?
Ja zdziadziałem czy stałem się jeszcze bardziej dziki niż zawsze?
środa, 21 marca 2012
niedziela, 19 lutego 2012
tytuł zastępczy
Na szybko zmieniłem tytuł posta, który miał wyrażać smutek, rozczarowanie i takie tam marudki. Ale jakoś tak wyszło, że już mi przeszło. Wszak to nie pierwszy raz. Wypada jen mieć nadzieję że to po raz ostatni.
Zadziwiające co muzyka robi z człowiekiem.
Zadziwiające co muzyka robi z człowiekiem.
środa, 25 stycznia 2012
Zawieram głos
Acta sracta. Zajechałem do domu rodziców, który (jak już kiedyś wspominałem) jest jedynym miejscem, gdzie mam do czynienia z telewizją. I przyznam, że trochę się przeraziłem, bo do tej pory myślałem, że te całe protesty i dyskusje toczą się jedynie w sieci. A tymczasem i "Panorama" i TVN24 o tym nadają.
Po pierwsze - podpisanie jakiejkolwiek umowy międzynarodowej nie powoduje wprowadzenia jej w życie. To powinien wiedzieć każdy, kto miał okazję chodzić do liceum. A jeżeli ktoś miał okazję uczęszczać na zajęcia z prawa konstytucyjnego lub publicznego międzynarodowego, to zapewne zna hierarchię aktów normatywnych naszej wspólnej Rzeczypospolitej, a jeżeli nie grał w trakcie wykładu w Angry Birds to może nawet zna pojęcie ratyfikacji. Wprowadzenie w życie zapisów tej umowy potrwa długi czas, o ile w ogóle do tego dojdzie, ponieważ niejedna instytucja już kwestionuje jej zgodność z Konstytucją (bo ona stoi wyżej niż ratyfikowane umowy międzynarodowe). Dodajmy do tego czas stworzenia przepisów wykonawczych, następnie powołanie instytucji dokonujących wykładni i zajmujących się ściganiem. Moja diagnoza - NIE ZMIENI SIĘ NIC.
Chcę też wspomnieć o innej rzeczy, której tytułem niech będzie cytat z Twittera Konrada Hildebranda [redaktora www.motywdrogi.pl - polecam] "Zastanawiajace jak wiele osob wolnosc sieci interpretuje jako prawo do nieplacenia za nowy odcinek serialu."
Z internetu ściągam nałogowo, nie ukrywam tego. Co więcej, na życzenie ściągam znajomym, udostępniam swoje pliki, seeduję torrenty. Innymi słowy - piractwo pełną gębą, no może tylko tyle, że nie mam z tego żadnych zysków, od czasu do czasu piwo wdzięczności tylko. Ale nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek uważał to za coś OK. Jestem w pełni świadom, że darmowe korzystanie z czyjejś pracy nie jest w porządku. I jeżeli ktoś mi powie, że artysta ma grosze z kwoty za płytę, to nadal nic nie zmienia. Producenci i inne łatajstwa to też są ludzie, a to, że ktoś jest bogaty było usprawiedliwieniem kradzieży w średniowieczu. Bogactwo uważam za cnotę, posiadanie majątku jest dobre. Ściągam, bo jestem uzależniony od dóbr kultury, a moja sytuacja nie pozwala mi na płacenie za wszystko co chciałbym mieć. Jednak moja sytuacja nie daje mi żadnej legitymacji do robienia tego, więc nie mam nic przeciwko, aby wydawcy i producenci próbowali to ograniczać. Gdybym ja był na ich miejscu to bym ograniczał. Niech nikt nie mówi, że wolność sieci to możliwość downloadu wszelkiego dobra. To jest jedna z jej możliwości. Wolność internetu to jego nieograniczoność, tego powstrzymać się nie da.
Niejednokrotnie już wychodził ze mnie faszysta, ale naprawdę, czasami mam ochotę co niektórych złapać za ryj i w kajdanach posłać na budowanie autostrady za chleb i wodę.
Po pierwsze - podpisanie jakiejkolwiek umowy międzynarodowej nie powoduje wprowadzenia jej w życie. To powinien wiedzieć każdy, kto miał okazję chodzić do liceum. A jeżeli ktoś miał okazję uczęszczać na zajęcia z prawa konstytucyjnego lub publicznego międzynarodowego, to zapewne zna hierarchię aktów normatywnych naszej wspólnej Rzeczypospolitej, a jeżeli nie grał w trakcie wykładu w Angry Birds to może nawet zna pojęcie ratyfikacji. Wprowadzenie w życie zapisów tej umowy potrwa długi czas, o ile w ogóle do tego dojdzie, ponieważ niejedna instytucja już kwestionuje jej zgodność z Konstytucją (bo ona stoi wyżej niż ratyfikowane umowy międzynarodowe). Dodajmy do tego czas stworzenia przepisów wykonawczych, następnie powołanie instytucji dokonujących wykładni i zajmujących się ściganiem. Moja diagnoza - NIE ZMIENI SIĘ NIC.
Chcę też wspomnieć o innej rzeczy, której tytułem niech będzie cytat z Twittera Konrada Hildebranda [redaktora www.motywdrogi.pl - polecam] "Zastanawiajace jak wiele osob wolnosc sieci interpretuje jako prawo do nieplacenia za nowy odcinek serialu."
Z internetu ściągam nałogowo, nie ukrywam tego. Co więcej, na życzenie ściągam znajomym, udostępniam swoje pliki, seeduję torrenty. Innymi słowy - piractwo pełną gębą, no może tylko tyle, że nie mam z tego żadnych zysków, od czasu do czasu piwo wdzięczności tylko. Ale nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek uważał to za coś OK. Jestem w pełni świadom, że darmowe korzystanie z czyjejś pracy nie jest w porządku. I jeżeli ktoś mi powie, że artysta ma grosze z kwoty za płytę, to nadal nic nie zmienia. Producenci i inne łatajstwa to też są ludzie, a to, że ktoś jest bogaty było usprawiedliwieniem kradzieży w średniowieczu. Bogactwo uważam za cnotę, posiadanie majątku jest dobre. Ściągam, bo jestem uzależniony od dóbr kultury, a moja sytuacja nie pozwala mi na płacenie za wszystko co chciałbym mieć. Jednak moja sytuacja nie daje mi żadnej legitymacji do robienia tego, więc nie mam nic przeciwko, aby wydawcy i producenci próbowali to ograniczać. Gdybym ja był na ich miejscu to bym ograniczał. Niech nikt nie mówi, że wolność sieci to możliwość downloadu wszelkiego dobra. To jest jedna z jej możliwości. Wolność internetu to jego nieograniczoność, tego powstrzymać się nie da.
Niejednokrotnie już wychodził ze mnie faszysta, ale naprawdę, czasami mam ochotę co niektórych złapać za ryj i w kajdanach posłać na budowanie autostrady za chleb i wodę.
niedziela, 1 stycznia 2012
Rok temu... [2]
Rok temu rozliczyłem się z postanowień na 2010. Teraz czas na 2011.
postanowiłem sobie:
1. ...60 kilo - to się chyba nigdy nie uda
2. Zdać oba egzaminy przewodnickie zdałem sudeckiego, kurs na Wrocław dopiero się zaczął
3. Nie mieć kampanii wrześniowej bez większych problemów ;)
4. Budapeszt no niestety
5. Lwów Ale Lwów jak najbardziej ;)
6. Karpaty... jakiekolwiek Najwyższa góra Ukrainy została zdobyta ;)
7. Dobrze się bawić no nie zaprzeczę ;)
więc skuteczność mam zdecydowanie lepszą niż w 2010 :) Ale i postanowienia dobierałem chyba bardziej... realnie.
Na 2012
1. eh... 60kilo
2. Zdobyć uprawnienia na Wrocław
3. Zacząć działać 'naukowo'
4. Odwiedzić przynajmniej dwa nowe kraje
5. Wyekwipować się na French - Indian War
6. Spędzić nieco czasu w sudetach zachodnich
postanowiłem sobie:
1. ...60 kilo - to się chyba nigdy nie uda
2. Zdać oba egzaminy przewodnickie zdałem sudeckiego, kurs na Wrocław dopiero się zaczął
3. Nie mieć kampanii wrześniowej bez większych problemów ;)
4. Budapeszt no niestety
5. Lwów Ale Lwów jak najbardziej ;)
6. Karpaty... jakiekolwiek Najwyższa góra Ukrainy została zdobyta ;)
7. Dobrze się bawić no nie zaprzeczę ;)
więc skuteczność mam zdecydowanie lepszą niż w 2010 :) Ale i postanowienia dobierałem chyba bardziej... realnie.
Na 2012
1. eh... 60kilo
2. Zdobyć uprawnienia na Wrocław
3. Zacząć działać 'naukowo'
4. Odwiedzić przynajmniej dwa nowe kraje
5. Wyekwipować się na French - Indian War
6. Spędzić nieco czasu w sudetach zachodnich
środa, 28 grudnia 2011
Nie hejtuj
Zamiast poświęcać się rzeczom pożytecznym, przeglądałem sobie dziś blogosferę. Trafiłem na blogspot, którego autor sam o sobie mówi "jestem netowym haterem". Ze słowem 'hejtować' spotkałem się pierwszy raz ponad rok temu, kiedy zacząłem nowe studia i wpadłem w młodsze towarzystwo i przyznam, że na początku nie wiedziałem za bardzo o co chodzi, dopiero później odkryłem, że chodzi o najprostsze tłumaczenie 'hate'. Ale w sumie to ja nie chciałem się zagłębiać w kwestie lingwistyczne, bo wiem, że ani ja, ani autorytety językoznawcze nie powstrzymamy zmian w języku (może i forma 'w gazecie pisze' jest poprawna, ale i tak będę poprawiać każdego kto tak mówi).Zacząłem przeglądać co gość pisze na swojej stronie i generalnie mówiąc - tak, jest haterem (na piśmie to wygląda jeszcze gorzej niż się pisze). A tak w ogóle, to na tego bloga trafiłem przez konkurs na bloga roku, mam nadzieję jednak, że ogólnie blogosfera nie idzie w tą stronę. Nie ma co, narzekanie jest na fali i zawsze dobrze jest takie coś poczytać, zresztą chyba z połowa jak nie więcej moich wypocin tutaj to również narzekanie (a może powinienem napisać 'hatowanie'? ). Ale jaki jest przedmiot? Otóż - trolling w sieci, głupie nastolatki, ludzie z facebooka, marsz niepodległości, oooo jest narzekanie na haterów :D
Ale do sedna - ileż razy mamy czytać to samo? Najpierw czytam to w 'Wyborczej', potem w 'Przekroju', później temat trafia na youtube, kwejka i demotywatory, a stamtąd jest już najszybsza droga na blogi wszelkich domorosłych blogerów.
Wiem, ja też nie wysilam się czasami na oryginalność, ale w blogowaniu nie chodzi o wysilanie się, ale o naturalne pisanie o czym się chce - stąd część moich postów to nie narzekanie, ale rzeczy zupełnie oderwane od czegokolwiek. Czasami bardziej sobie cenię trzywierszowy wpis, niż pseudomonagrafię jakiegoś tematu. Jeśli chodzi o aktualne tematy to zazwyczaj swoją opinię wyrażam w kręgu znajomych w trakcie normalnych rozmów, a na bloga zostawiam sobie tylko to, o czym ludzie na żywo niekoniecznie chcą słuchać (np. w rozmowie jakoś głupio opowiadać o ulubionych negatywnych bohaterach - choć to akurat mi się zdarzyło, pozdrowienia Joanno :) )
Do mojego hejterskiego posta załączam noworoczne życzenia dla wszystkich blogerów - mniej hejtowania, więcej oryginalności. No chyba, że wasze narzekanie jest wyjątkowo urocze, albo ma ciekawą formę - to proszę bardzo. Ale nie chcę już czytać o tym, że nastolatki są puste.
A i odwiedzajcie nowy spot KRL'a - rysownika m.in. "Łaumy" - http://karmelki-komiks.blogspot.com/ to stamtąd jest ilustracja do posta.
Ah no i bym zapomniał - link do 'bloga roku' http://na-kacu.blogspot.com
poniedziałek, 26 grudnia 2011
i ta głupia Dygant z jej krzywym ryjem :)
Okej, tytuł nie ma zupełnie nic wspólnego z tym co tutaj będę pisał teraz, bo zresztą to co tu napiszę i tak nie ma konkretnego przesłania ani znaczenia. Chyba.
Wszyscy zapewne zauważyli, że ŚWIĘTA ŚWIĘTA I PO ŚWIĘTACH. Powinienem się rozchorować od takiej ilości żarcia, jaką ostatnio pochłonąłem.
Muszę się jutro ruszyć z chaty, może pójść obejrzeć zamek albo coś, byleby odetchnąć świeżym powietrzem. Szkoda że nie mam psa, którego bym mógł brać na spacer. Albo gdybym mieszkał teraz w Srebrnej Górze. Choć teraz to nawet śniegu nie ma.
Powstaje ciąg dalszy historyjki z biblioteki, na razie głównie w mojej głowie.
Wszyscy zapewne zauważyli, że ŚWIĘTA ŚWIĘTA I PO ŚWIĘTACH. Powinienem się rozchorować od takiej ilości żarcia, jaką ostatnio pochłonąłem.
Muszę się jutro ruszyć z chaty, może pójść obejrzeć zamek albo coś, byleby odetchnąć świeżym powietrzem. Szkoda że nie mam psa, którego bym mógł brać na spacer. Albo gdybym mieszkał teraz w Srebrnej Górze. Choć teraz to nawet śniegu nie ma.
Powstaje ciąg dalszy historyjki z biblioteki, na razie głównie w mojej głowie.
niedziela, 11 grudnia 2011
Evil

Ostatnimi czasy czytam książki o Harrym Potterze, dokładnie dziesięć lat po tym, jak przeczytałem "Czarę ognia", późniejsze części jakoś były mi nie po drodze. Nie będę się tu rozwodził nad jakością lektury, bo czyta się najzwyczajniej świetnie.
Im bardziej zagłębiam się w świat stworzony przez JK Rowling, tym bardziej uważam samego siebie za złego. Ale takiego złego nie w sensie bad, ale w sensie evil. Bo najzwyczajniej Nie zgadzam się ze niektórymi działaniami bohaterów. Innymi słowy - gdybym wylądował w Hogwarcie, to Tiara Przydziału najprawdopodobniej umieściłaby mnie w Slytherinie. Podobne wrażenie miałem, kiedy oglądałem i czytałem X-Men. Rasa silniejsza nie powinna mieć oporów przed podporządkowaniem sobie słabszych, taka jest nasza natura.
Nawet w prawdziwym życiu to odczuwam - kiedy słyszę o akcjach typu Nie strzelamy z fajerwerków bo psy się boją, to trochę mnie to irytuje. Nie jestem miłośnikiem znęcania się nad zwierzętami, ale na przecież człowiek podporządkował sobie całą naturę nie po to, żeby teraz zwracać uwagę na byle maleńkie grzeszki. Innymi słowy - uważam że człowiek od zwierzaka jest ważniejszy. Dlaczego? Bo jestem człowiekiem. Dzikie zwierzę nie będzie mieć oporów przed zaatakowaniem słabego człowieka. I jeżeli gdzieś w okolicy grasuje sfora zdziczałych psów i myśliwy je odstrzeli, to mu podziękuję, a nie zwyzywam od morderców. Podkreślam - nie chcę niczego niszczyć ani zabijać tylko dla uciechy. Jednak nie uważam, że wszystko co żyje ma równe prawa. Nie uważam nawet żeby wszyscy ludzie mieli równe prawa.
Będzie lepiej, jeżeli nie będę miał jakiejkolwiek władzy politycznej.
środa, 7 grudnia 2011
He is back
Wróciłem! Mam nadzieję, że na dobre, bo aż się źle czuję z takim zaniedbanym blogspotem.
Z szybkich newsów - zdałem egzamin na przewodnika sudeckiego, licencja już jest :)
Rok akademicki trwa już w pełni, a mnie dopiero teraz udaje się nadrobić to co straciłem przez październik, w którym myślałem tylko o egzaminie przewodnickim
Zmiana piętra w kredce - 21 na 17, mieszkam z fizykiem. Chrapiącym fizykiem. Bardzo głośno chrapiącym fizykiem.
W końcu złapałem rytm i lepiej kojarzę co się wokół mnie dzieje. Będę wkrótce rozwijał historyjkę z biblioteką. A tymczasem moja porada - idźcie na łyżwy :)
Z szybkich newsów - zdałem egzamin na przewodnika sudeckiego, licencja już jest :)
Rok akademicki trwa już w pełni, a mnie dopiero teraz udaje się nadrobić to co straciłem przez październik, w którym myślałem tylko o egzaminie przewodnickim
Zmiana piętra w kredce - 21 na 17, mieszkam z fizykiem. Chrapiącym fizykiem. Bardzo głośno chrapiącym fizykiem.
W końcu złapałem rytm i lepiej kojarzę co się wokół mnie dzieje. Będę wkrótce rozwijał historyjkę z biblioteką. A tymczasem moja porada - idźcie na łyżwy :)
poniedziałek, 24 października 2011
post którego nie ma
Nie da się nie zauważyć, że mnie tu ostatnio nie ma. Dobrze, że nikt tego nie czyta. Jak już się oporządzę to sobie nadrobię, bo mam w głowie kilka pomysłów.
poniedziałek, 10 października 2011
Odsiecz wiedeńska
No i spełniło się to, czego się obawiałem. Przyszło mi mieszkać z Turkiem. Pierwotnie zrobił na mnie nienajgorsze wrażenie, ale potem przyszedł do niego kumpel i już nie jest tak różowo. Czas na wywieszenie transparentu - Kredka dla Polaków.
wtorek, 4 października 2011
Ja jestem panikarzem.
Czołem pamiętniczku! Minął miesiąc od poprzedniego wpisu. Zaczął się nowy rok akademicki i już drugi tydzień jestem w akademiku. I już drugi tydzień co chwilę coś muszę. Zmęczenie daje się we znaki. I jakieś dziwne niepokoje zmieszane z lękami i nadziejami. Przede wszystkim jednak nieustanne przemieszczanie się. Dziś z Lily stuknął nam pięćsetny kilometr i o ile pogoda pozwoli to może przed zimą zrobimy 1000.
Coś czuję, że przydało by mi się zmienić na jakiś czas całe środowisko, erasmus jednak najwcześniej za rok.
Strasznie miło było mi usłyszeć pozytywne opinie o historyjce o bibliotekarzu. Ciąg dalszy będzie, jednak najpewniej dopiero po moim egzaminie przewodnickim.
Coś czuję, że przydało by mi się zmienić na jakiś czas całe środowisko, erasmus jednak najwcześniej za rok.
Strasznie miło było mi usłyszeć pozytywne opinie o historyjce o bibliotekarzu. Ciąg dalszy będzie, jednak najpewniej dopiero po moim egzaminie przewodnickim.
niedziela, 28 sierpnia 2011
historyjka, dla której wstałem z łóżka, aby zacząć ją pisać
"This job would be great if it wasn't for the fucking customers"
Wielkie miasto, gdzie liczba linii tramwajowych przekracza 20, a czasem nawet 30. Osiedle na przedmieściach, do którego nie kursuje z kolei żadna linia tramwajowa. Na tymże osiedlu mała osiedlowa biblioteka.
Nikogo nie zdziwi chyba, że w tym przybytku znajduje się mnóstwo regałów a w powietrzu unosi się zapach starego papieru. Ponadto: biurko z komputerem, kilka figurek i pluszak obok monitora, stos opakowanych w folię książek i paprotka. Za biurkiem siedzi strasznie wysoki gość w okularach i z fryzurą, która zdecydowanie nie jest tym, co czeszący miał na myśli. Bibliotekarz siedzi zapatrzony w monitor w bezruchu. Przeciętny obserwator zapewne podejrzewa, że przegląda bazy danych pełne informacji o woluminach, które ma w opiece. Obserwator nieprzeciętny od razu zauważy, że gra w sapera. Bo co innego może robić bibliotekarz w wakacje, kiedy liczba odwiedzających spada prawie do zera. I pewnie tak toczyłaby się sielankowa atmosfera gdyby nie Ona - czytelniczka
-Chciałabym wypożyczyć książkę
-No co pani, w bibliotece? - odpowiedział Janusz nie zmieniając zupełnie pozycji ani nie odwracając twarzy od monitora [czy wspominałem, że bibliotekarz ma na imię Janusz?]
-Słucham?
-To biblioteka, ludzie przychodzą tutaj żeby wypożyczać książki. Więc nie musi pani mówić mi, że chce książkę, bo ja to wiem. Nie jesteśmy na studiach, żeby inni mówili mi to, co już wiem. Jakiej książki pani szuka? - Janusz obrócił twarz aby spod okularów spojrzeć sympatycznym wzrokiem na czytelniczkę
-Nieważne... 'Klub mało używanych dziewic' Mo
-niki Szwaji - skończył za nią - Jest przy etykietce 'LITERATURA DLA KUCHT' na półce
opisanej 'LITERATURA MARNA'
-dlaczego jest... A nieważne - dziewczyna odwróciła się i poszła we wskazanym kierunku
Wróciła dość szybkim krokiem i energicznie rzuciła książkę na blat biurka.
-Dlaczego półki są tak opisane? - Zapytała.
-Żeby łatwiej było znaleźć książki.
-Niby komu?
-Temu, kto najczęściej z nich korzysta
-Czytelnikom?
-Mnie
-Czy to nie obraża niektórych ludzi?
Tutaj Janusz na chwilę zamilkł na moment, żeby chwilę się zastanowić. W ciągu jego kariery w tej placówce przewinęło się tędy nieco osób i próbował sobie przypomnieć, czy ktoś się skarżył.
-Nie. Ludzie nie zwracają na nie uwagi, więc lektury dla podstawówki leżą pod 'Książki dla
smarkaczy' a kucharskie pod 'I tak tego nie ugotujesz'. Proszę nie pytać, gdzie leżą
romanse.
-Dlaczego jest pan niemiły - kobieta zadała jedno z pięciu najgłupszych pytań świata.
Bo za mało mi płacą - pomyślał
-Bo mam zły dzień - powiedział
-Nieważne, chcę to to wypożyczyć - kobieta chciała już zakończyć sprawę i wyjść
ciąg dalszy pewnie nastąpi, bo trochę tak z dupy skończyłem
Wielkie miasto, gdzie liczba linii tramwajowych przekracza 20, a czasem nawet 30. Osiedle na przedmieściach, do którego nie kursuje z kolei żadna linia tramwajowa. Na tymże osiedlu mała osiedlowa biblioteka.
Nikogo nie zdziwi chyba, że w tym przybytku znajduje się mnóstwo regałów a w powietrzu unosi się zapach starego papieru. Ponadto: biurko z komputerem, kilka figurek i pluszak obok monitora, stos opakowanych w folię książek i paprotka. Za biurkiem siedzi strasznie wysoki gość w okularach i z fryzurą, która zdecydowanie nie jest tym, co czeszący miał na myśli. Bibliotekarz siedzi zapatrzony w monitor w bezruchu. Przeciętny obserwator zapewne podejrzewa, że przegląda bazy danych pełne informacji o woluminach, które ma w opiece. Obserwator nieprzeciętny od razu zauważy, że gra w sapera. Bo co innego może robić bibliotekarz w wakacje, kiedy liczba odwiedzających spada prawie do zera. I pewnie tak toczyłaby się sielankowa atmosfera gdyby nie Ona - czytelniczka
-Chciałabym wypożyczyć książkę
-No co pani, w bibliotece? - odpowiedział Janusz nie zmieniając zupełnie pozycji ani nie odwracając twarzy od monitora [czy wspominałem, że bibliotekarz ma na imię Janusz?]
-Słucham?
-To biblioteka, ludzie przychodzą tutaj żeby wypożyczać książki. Więc nie musi pani mówić mi, że chce książkę, bo ja to wiem. Nie jesteśmy na studiach, żeby inni mówili mi to, co już wiem. Jakiej książki pani szuka? - Janusz obrócił twarz aby spod okularów spojrzeć sympatycznym wzrokiem na czytelniczkę
-Nieważne... 'Klub mało używanych dziewic' Mo
-niki Szwaji - skończył za nią - Jest przy etykietce 'LITERATURA DLA KUCHT' na półce
opisanej 'LITERATURA MARNA'
-dlaczego jest... A nieważne - dziewczyna odwróciła się i poszła we wskazanym kierunku
Wróciła dość szybkim krokiem i energicznie rzuciła książkę na blat biurka.
-Dlaczego półki są tak opisane? - Zapytała.
-Żeby łatwiej było znaleźć książki.
-Niby komu?
-Temu, kto najczęściej z nich korzysta
-Czytelnikom?
-Mnie
-Czy to nie obraża niektórych ludzi?
Tutaj Janusz na chwilę zamilkł na moment, żeby chwilę się zastanowić. W ciągu jego kariery w tej placówce przewinęło się tędy nieco osób i próbował sobie przypomnieć, czy ktoś się skarżył.
-Nie. Ludzie nie zwracają na nie uwagi, więc lektury dla podstawówki leżą pod 'Książki dla
smarkaczy' a kucharskie pod 'I tak tego nie ugotujesz'. Proszę nie pytać, gdzie leżą
romanse.
-Dlaczego jest pan niemiły - kobieta zadała jedno z pięciu najgłupszych pytań świata.
Bo za mało mi płacą - pomyślał
-Bo mam zły dzień - powiedział
-Nieważne, chcę to to wypożyczyć - kobieta chciała już zakończyć sprawę i wyjść
ciąg dalszy pewnie nastąpi, bo trochę tak z dupy skończyłem
Etykiety:
bibliotekarz janusz
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
3ways
Przecząc powszechnie przyjętej opinii, że mężczyźni nie są w stanie robić kilku rzeczy naraz dziś dopuściłem się takiego właśnie zjawiska, aby inni, którzy być może to czytają, nie popełnili moich błędów. Czyli najzwyczajniej będę recenzował.
1. Andrzej Stasiuk - Dojczland
O Stasiuku wcześniej słyszałem wiele dobrego, obejrzałem też film na podstawie 'Opowieści Galicyjskich' więc liczyłem na coś pozytywnego. Na wiosnę czytałem 'Moja Europa', która w połowie była jego autorstwa, ale po kilkunastu stronach dałem sobie spokój i miałem nadzieję, że to fakt pisania książki przez dwóch gości tak kopie sprawę. Aaale haha, nie! Dziś wpadła mi w ręce publikacja o nazwie 'Dojczland'. Już sam tytuł oddaje przekaz książki. Zaraz.... tylko że ta książka absolutnie nie ma przekazu! Jest niesamowicie jałowa, bez klimatu [chyba, że dla kogoś klimatem jest powtarzanie po raz kolejny że jest w pięćsetnym niemeickim mieście i znowu pije Jim Beama]. Przez pierwszych kilka stron zastanawiałem się czy autor specjalnie unika zdań złożonych, żeby szybko wciągnąć czytelnika. Odnoszę jednak wrażenie, że czytałem głównie proste zdania typu 'Czekam na pociąg. Palę papierosa. Mam wino w plecaku. Jadę pociągiem.' Jednak w dalszej części nic się nie zmienia, nic się nie posuwa naprzód. To nie reportaż, nie literatura piękna, nawet nie felieton. Przyznam szczerze, chyba nawet do gazetki gimnazjalnej bym tego wrzucił, bo nie zostałoby zrozumiałe. Dałbym to za to do gazetki ogólniaka o progu przyjęć ok. 60 punktów - tam też nikt by tego nie rozumiał, ale każdemu na pewno by się podobało, bo nie jest zabawne, jest szare i takie inne niż opowieści dla dzieci (mam nadzieję, że nie zostanie to odebrane jako ofensywa wobec miłośników Andrzeja Stasiuka). Nie jest to zdecydowanie na poziomie kogoś, kogo nagrodzono Nike. Z książki bije monotonia, która na szczęście szybko się kończy... bo kończy się wszystko. Największą zaletą tej pozycji jest fakt, że ma tylko 112 stron, dzięki czemu można ją przeczytać do spółki z jedną butelką piwa (ale o tym za chwilę). Jest nudno! Krzywdzący stereotyp Niemiec i Niemców tu też występuje. A za zachodnią odrą też jest pewna magia. Najwyraźniej autor źle czuje się w miejscu, gdzie nie ma syfu i miejscowi nie chodzą w gumofilcach. Panie Stasiuk, niech pan wraca do Rumunii.
2. Plzensky Prazdroj - Gambrinus Excellent 11
Ponieważ książką była ciężka w odbiorze, musiałem sobie ją skombinować z czymś przyjemnym. Z trójki flaszek które były w lodówce chciałem wybrać coś lekkiego i łatwo przyswajalnego. Więc wybrałem jasnego Gambrinusa z Pilzna. Oczywiście nie spodziewałem się po koncerniaku bukietu aromatów i smaku. I nie zawiodłem się. Choć początek miał obiecujący, bo piana była duża i nie uciekała z pokalu w podskokach. Fajna piana jak na jasne. Ale już zdecydowanie gorzej z nasyceniem CO2. Piwko jest zwyczajnie za mało gazowane, przez co w upalne dni jak dzisiaj trochę za mało orzeźwiające. Goryczki prawie brak, a szkoda, bo w innych produktach tego browaru jest wyborna. Dobre na leniwe popołudnie, ale najlepiej pić z małych szklanek na dwie osoby. Jeśli już samemu siąść przy piwku, to lepiej dorzucić trochę grosza i kupić Pilsner Urqell, którego Gambrinus jest tańszą i gorszą wersją.
3. Metric - Fantasies
W trakcie lektury i przechylania pokalu pokój wypełniała muzyka zespołu Metric. Przyznam się szczerze, przez kilka lat świadomie unikałem indie jak tylko mogłem. Tydzień temu natomiast obejrzałem 'Scott Pilgrim vs. The World' (temu filmowi niedługo poświęcę oddzielnego posta, powiem tylko teraz, że jest genialny), gdzie na ścieżce dźwiękowej znalazły się głównie utwory z tego nurtu, bo zresztą i sama opowieść jest w tym klimacie. Najbardziej jednak w ucho wpadł mi kawałek 'Black Sheep', który skomponował właśnie Metric specjalnie na potrzeby filmu. Zachęcony próbkami z last.fm sięgnąłem do ostatniego longplaya. I cóż... tydzień z głowy. Na krążku jest 11 pozycji, które najzwyczajniej zjadają czas. Głos wokalistki czaruje i wspaniale wpasowuje się w nieco cięższe brzmienie z tyłu (choć z kolei akustyczne wersje piosenek np. Help I'm Alive biją subtelnością). Marzę, aby przybyli do Polski aby móc na żywo wrzasnąć sobie refren ze 'Stadium Love'.
1. Andrzej Stasiuk - Dojczland
O Stasiuku wcześniej słyszałem wiele dobrego, obejrzałem też film na podstawie 'Opowieści Galicyjskich' więc liczyłem na coś pozytywnego. Na wiosnę czytałem 'Moja Europa', która w połowie była jego autorstwa, ale po kilkunastu stronach dałem sobie spokój i miałem nadzieję, że to fakt pisania książki przez dwóch gości tak kopie sprawę. Aaale haha, nie! Dziś wpadła mi w ręce publikacja o nazwie 'Dojczland'. Już sam tytuł oddaje przekaz książki. Zaraz.... tylko że ta książka absolutnie nie ma przekazu! Jest niesamowicie jałowa, bez klimatu [chyba, że dla kogoś klimatem jest powtarzanie po raz kolejny że jest w pięćsetnym niemeickim mieście i znowu pije Jim Beama]. Przez pierwszych kilka stron zastanawiałem się czy autor specjalnie unika zdań złożonych, żeby szybko wciągnąć czytelnika. Odnoszę jednak wrażenie, że czytałem głównie proste zdania typu 'Czekam na pociąg. Palę papierosa. Mam wino w plecaku. Jadę pociągiem.' Jednak w dalszej części nic się nie zmienia, nic się nie posuwa naprzód. To nie reportaż, nie literatura piękna, nawet nie felieton. Przyznam szczerze, chyba nawet do gazetki gimnazjalnej bym tego wrzucił, bo nie zostałoby zrozumiałe. Dałbym to za to do gazetki ogólniaka o progu przyjęć ok. 60 punktów - tam też nikt by tego nie rozumiał, ale każdemu na pewno by się podobało, bo nie jest zabawne, jest szare i takie inne niż opowieści dla dzieci (mam nadzieję, że nie zostanie to odebrane jako ofensywa wobec miłośników Andrzeja Stasiuka). Nie jest to zdecydowanie na poziomie kogoś, kogo nagrodzono Nike. Z książki bije monotonia, która na szczęście szybko się kończy... bo kończy się wszystko. Największą zaletą tej pozycji jest fakt, że ma tylko 112 stron, dzięki czemu można ją przeczytać do spółki z jedną butelką piwa (ale o tym za chwilę). Jest nudno! Krzywdzący stereotyp Niemiec i Niemców tu też występuje. A za zachodnią odrą też jest pewna magia. Najwyraźniej autor źle czuje się w miejscu, gdzie nie ma syfu i miejscowi nie chodzą w gumofilcach. Panie Stasiuk, niech pan wraca do Rumunii.
2. Plzensky Prazdroj - Gambrinus Excellent 11
Ponieważ książką była ciężka w odbiorze, musiałem sobie ją skombinować z czymś przyjemnym. Z trójki flaszek które były w lodówce chciałem wybrać coś lekkiego i łatwo przyswajalnego. Więc wybrałem jasnego Gambrinusa z Pilzna. Oczywiście nie spodziewałem się po koncerniaku bukietu aromatów i smaku. I nie zawiodłem się. Choć początek miał obiecujący, bo piana była duża i nie uciekała z pokalu w podskokach. Fajna piana jak na jasne. Ale już zdecydowanie gorzej z nasyceniem CO2. Piwko jest zwyczajnie za mało gazowane, przez co w upalne dni jak dzisiaj trochę za mało orzeźwiające. Goryczki prawie brak, a szkoda, bo w innych produktach tego browaru jest wyborna. Dobre na leniwe popołudnie, ale najlepiej pić z małych szklanek na dwie osoby. Jeśli już samemu siąść przy piwku, to lepiej dorzucić trochę grosza i kupić Pilsner Urqell, którego Gambrinus jest tańszą i gorszą wersją.
3. Metric - Fantasies
W trakcie lektury i przechylania pokalu pokój wypełniała muzyka zespołu Metric. Przyznam się szczerze, przez kilka lat świadomie unikałem indie jak tylko mogłem. Tydzień temu natomiast obejrzałem 'Scott Pilgrim vs. The World' (temu filmowi niedługo poświęcę oddzielnego posta, powiem tylko teraz, że jest genialny), gdzie na ścieżce dźwiękowej znalazły się głównie utwory z tego nurtu, bo zresztą i sama opowieść jest w tym klimacie. Najbardziej jednak w ucho wpadł mi kawałek 'Black Sheep', który skomponował właśnie Metric specjalnie na potrzeby filmu. Zachęcony próbkami z last.fm sięgnąłem do ostatniego longplaya. I cóż... tydzień z głowy. Na krążku jest 11 pozycji, które najzwyczajniej zjadają czas. Głos wokalistki czaruje i wspaniale wpasowuje się w nieco cięższe brzmienie z tyłu (choć z kolei akustyczne wersje piosenek np. Help I'm Alive biją subtelnością). Marzę, aby przybyli do Polski aby móc na żywo wrzasnąć sobie refren ze 'Stadium Love'.
środa, 17 sierpnia 2011
Wielkie roboty ze składów PR niszczą Wrocław i okolice
Czyli inaczej mówiąc robi się ze mnie tworzyciel idiotycznych rzeczy, ale może będzie choć trochę zabawnie. A jak nie, to przynajmniej nie będę się nudził pomiędzy koszeniem trawnika a paleniem zbędnych rzeczy, które biorą się nie wiadomo skąd.
czwartek, 11 sierpnia 2011
zło zawsze pokona dobro, bo dobro jest głupie...
...mawiał Lord Hełm w 'Spaceballs'.
Nierzadko w czasie oglądania filmów, których osią jest walka dobra ze złem, bardziej podoba mi się racja tej 'złej' strony. Może po prostu jestem zły z natury? Nawet grając w gry drugowojenne, jeżeli tylko była taka możliwość, stawałem po stronie Rzeszy.
W każdym razie chciałem podzielić się moimi ulubionymi 'złymi'. UWAGA mogą pojawić się spoilery odnośnie fabuły danych filmów.
Imperator - Darth Sidious [Star Wars]
Moja ulubiona postać z całego uniwersum SW. Człowiek, który od początku do końca wiedział czego chce i przez dwadzieścia lat prowadził intrygę, która dała mu władzę. A władza to potęga, której każdy kto posmakował Ciemnej Strony mocy pragnie najbardziej. Zyskał moją sympatię przez zdolność do prowadzenia intrygi o zasięgu kosmicznym, pozostania do końca wiernym 'ideom' ciemnej strony i sithów (zamiast lawirować jak niektórzy Jedi, on od początku wiedział czego chce). No i mimo wszystko okazał się być wyśmienitym graczem politycznym, wszak pod jego rządami skorumpowana, doświadczona przez kryzysy i ruchy separatystyczne Republika zmieniła się w silne i sprawnie działające Imperium Galaktyczne.
Eric Lehnsh
err - Magneto [seria X-Men]
dzieciak ocalały z holokaustu przez swoje zdolności manipulowania metalem. Uważa, że mutanty to nie zmutowani ludzie ale kolejny etap na drodze ewolucji, a zgodnie z nią, gatunki silniejsze eliminują słabsze. Jego postawa to w sporej mierze zasługa przeszłości w obozie koncentracyjnym, która miała prawo zrazić go do ludzi. Polubiłem go z kilku względów. Przede wszystkim chyba dlatego, że na jego miejscu miałbym takie samy poglądy. Dlaczego ludzie ze zdolnościami mają poddawać się zwyczajnym, którzy dążą do eliminacji 'wybryków natury'? Innymi słowy, 'jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie'. Innym powodem sympatii jest jego przyjaźń z Xavierem, który jednocześnie jest jego wielkim wrogiem, obaj jednak zasadniczo mają ten sam cel - dobro mutantów. Jedynie różne drogi do osiągnięcia go. Plus Ian McKellen który gra Magneto w filmach wykonuje kawał dobrej roboty [choć i M. Fassbender w 'First Class' trzyma wysoki poziom].
Skaza [Król
Lew]
Zbir z dzieciństwa :) Wiecznie w cieniu brata, pragnący zająć jego miejsce. W jego przypadku trudno doszukiwać się złożonego charakteru. Skaza doprowadził do śmierci Mufasy żeby coś zaczęło się dziać. Jest to takie po prostu czyste zło bez powodu. Nie ma u niego żadnych pierwiastków dobra czy zrozumienia swojego postępowania. Zły od początku do końca i za to właśnie go lubię.
Jean-Baptiste
Emanuel Zorg [The Fifth Element]
Właściwie podobny do Skazy. Takie czyste zło. Chciał destrukcji, bo nie przypominam sobie dam dążenia do przejęcia władzy nad światem czy czegoś w tym guście. Czerpał zabawę z niszczenia i siania terroru bez specjalnego powodu, dla kasy tego nie robił, bo miał jej dostatecznie dużo. Tak po prostu 4fun. Podobnie jak w przypadku Magneto kreacja postaci zyskuje dzięki aktorowi. Gary Oldman świetnie oddaje psychola jakim był Zorg.
Hektor
Barbossa [Piraci z Karaibów]
Dżentelmen wśród piratów i zwyczajny archetyp prawdziwego postrachu mórz. Nie mogę zbyt wiele o nim napisać, bo lubię go przede wszystkim za jego postawę w trakcie trwania poszczególnych filmów i sposób zachowania, gesty, mówienie. No i Geoffrey Rush naturalnie.
Płk Hans Landa [Inglorious Basterds]
Postać, bez której ten film nie powinien istnieć. Człowiek, który dzięki zabójczemu intelektowi mistrzowsko wypełnia zadania które mu polecono. Wykształcony, bystry, dusza towarzystwa a do tego niesamowicie przenikliwy. Człowiek, który tak przykłada się do roboty to coś, co lubię. A na dodatek wykonując te wszystkie złe rzeczy cały czas trzyma coś, co można nazwać stylem. No i oczywiście jak dobry 'zły', kiedy jego statek tonie stara się opuścić go i uratować własny tyłek. W odróżnieniu od Imperatora czy Magneto nie walczył dla idei, ale dla siebie :)
Nierzadko w czasie oglądania filmów, których osią jest walka dobra ze złem, bardziej podoba mi się racja tej 'złej' strony. Może po prostu jestem zły z natury? Nawet grając w gry drugowojenne, jeżeli tylko była taka możliwość, stawałem po stronie Rzeszy.
W każdym razie chciałem podzielić się moimi ulubionymi 'złymi'. UWAGA mogą pojawić się spoilery odnośnie fabuły danych filmów.
Imperator - Darth Sidious [Star Wars]
Moja ulubiona postać z całego uniwersum SW. Człowiek, który od początku do końca wiedział czego chce i przez dwadzieścia lat prowadził intrygę, która dała mu władzę. A władza to potęga, której każdy kto posmakował Ciemnej Strony mocy pragnie najbardziej. Zyskał moją sympatię przez zdolność do prowadzenia intrygi o zasięgu kosmicznym, pozostania do końca wiernym 'ideom' ciemnej strony i sithów (zamiast lawirować jak niektórzy Jedi, on od początku wiedział czego chce). No i mimo wszystko okazał się być wyśmienitym graczem politycznym, wszak pod jego rządami skorumpowana, doświadczona przez kryzysy i ruchy separatystyczne Republika zmieniła się w silne i sprawnie działające Imperium Galaktyczne.
Eric Lehnsh
dzieciak ocalały z holokaustu przez swoje zdolności manipulowania metalem. Uważa, że mutanty to nie zmutowani ludzie ale kolejny etap na drodze ewolucji, a zgodnie z nią, gatunki silniejsze eliminują słabsze. Jego postawa to w sporej mierze zasługa przeszłości w obozie koncentracyjnym, która miała prawo zrazić go do ludzi. Polubiłem go z kilku względów. Przede wszystkim chyba dlatego, że na jego miejscu miałbym takie samy poglądy. Dlaczego ludzie ze zdolnościami mają poddawać się zwyczajnym, którzy dążą do eliminacji 'wybryków natury'? Innymi słowy, 'jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie'. Innym powodem sympatii jest jego przyjaźń z Xavierem, który jednocześnie jest jego wielkim wrogiem, obaj jednak zasadniczo mają ten sam cel - dobro mutantów. Jedynie różne drogi do osiągnięcia go. Plus Ian McKellen który gra Magneto w filmach wykonuje kawał dobrej roboty [choć i M. Fassbender w 'First Class' trzyma wysoki poziom].
Skaza [Król
Lew]
Zbir z dzieciństwa :) Wiecznie w cieniu brata, pragnący zająć jego miejsce. W jego przypadku trudno doszukiwać się złożonego charakteru. Skaza doprowadził do śmierci Mufasy żeby coś zaczęło się dziać. Jest to takie po prostu czyste zło bez powodu. Nie ma u niego żadnych pierwiastków dobra czy zrozumienia swojego postępowania. Zły od początku do końca i za to właśnie go lubię.
Jean-Baptiste
Emanuel Zorg [The Fifth Element]
Właściwie podobny do Skazy. Takie czyste zło. Chciał destrukcji, bo nie przypominam sobie dam dążenia do przejęcia władzy nad światem czy czegoś w tym guście. Czerpał zabawę z niszczenia i siania terroru bez specjalnego powodu, dla kasy tego nie robił, bo miał jej dostatecznie dużo. Tak po prostu 4fun. Podobnie jak w przypadku Magneto kreacja postaci zyskuje dzięki aktorowi. Gary Oldman świetnie oddaje psychola jakim był Zorg.
Hektor
Barbossa [Piraci z Karaibów]
Dżentelmen wśród piratów i zwyczajny archetyp prawdziwego postrachu mórz. Nie mogę zbyt wiele o nim napisać, bo lubię go przede wszystkim za jego postawę w trakcie trwania poszczególnych filmów i sposób zachowania, gesty, mówienie. No i Geoffrey Rush naturalnie.
Płk Hans Landa [Inglorious Basterds]
Postać, bez której ten film nie powinien istnieć. Człowiek, który dzięki zabójczemu intelektowi mistrzowsko wypełnia zadania które mu polecono. Wykształcony, bystry, dusza towarzystwa a do tego niesamowicie przenikliwy. Człowiek, który tak przykłada się do roboty to coś, co lubię. A na dodatek wykonując te wszystkie złe rzeczy cały czas trzyma coś, co można nazwać stylem. No i oczywiście jak dobry 'zły', kiedy jego statek tonie stara się opuścić go i uratować własny tyłek. W odróżnieniu od Imperatora czy Magneto nie walczył dla idei, ale dla siebie :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
